-Co jest, kurwa?!
W ręce sterczy mi igła, a w niej bałamka się jakaś rurka. Gdzie ja jestem?
Niech to. Przecież byłem operowany. Spasłem się jak świniak, 180 kg żywej wagi . Po długiej walce zdecydowałem się wreszcie iść pod nóż. Znaczy się, obudziłem się po operacji. Rozejrzałem się dookoła. Zgadza się. Szpitalna salka. Szczęście mam, leżę sam. Nienawidzę towarzystwa w moim pokoju. Nadwrażliwy jestem na wszelkie hałasy. Szczęście...
Pić się chce, lać się chce. Jak tu do łazienki się doczłapać? Przy ostatnim pobycie w szpitalu ciężki opierdol mi się dostał, jak po wybudzeniu sam polazłem do łazienki.
Gdzie ten cholerny kabel do wołania siostry? Jest! Cisnę i cisnę i nic. Co za cholera, niemiecki standard się psuje? Unii klinik w Kilonii zawsze trzymałe standard. Cholera, no nikt nie przychodzi, zaraz się zleje pod siebie. Odrzucam kołdrę. Jak to mój brzuch tam wygląda? Nawet nieźle, pięć dużych plastrów, tylko sączki wystają. Odrywam elektrody z "klaty", wyciągam igłę z wenflona (zauważam, że woreczek pusty, będzie zjebka jak dorwę siostrę). Nóżki z łóżka - oj piecze cholerny brzuch. Czuję się jakbym dostał serię z kałacha przez brzuch. Ale nie jest źle, człapię powoli do łazienki. Uff, ale ulżyło. Wracam do wyra. Teraz zauważam ze zdziwieniem, że przy dwóch sąsiednich lóżkach stoją stojaki do kroplówek i monitory funkcji życiowych też są włączone. Coś tu nie gra. Podchodzę do łóżka obok mojego i zauważam, że z pod kołdry wystaje kołnierz szpitalnej piżamy. Odrzucam przykrycie. Piżama, skarpety... Skarpety, co jest do ch.... Drugie łóżko? To samo.
Wychodzę na korytarz. Brzuch boli. Cholerne świeże rany. Dobrze, że to obejście żołądka robią laparoskopowo. Ale i tak ostrożnie sunę po ścianie w kierunku kantorka pielęgniarek.
-Schwester!-Chciałbym krzyknąć, ale jakoś cienko mi to wychodzi.
-Schwester!?- Żadnej reakcji. Gdzie te cholery polazły?
Wchodzę na zaplecze kantorka. Kawki na stole, ciasteczka i….
Co do diabła? Na krzesłach i na podłodze leżą pielęgniarskie kitle, kolorowe Crocsky, w których pielęgniarki posuwają na oddziale. Ożeż, nawet biżuteria jakaś się wala między ciuchami… I piersingowe kółeczka zauważam w biustonoszu wystającym z pod bluzki zsuniętej z krzesła na podłogę.
Coś tu jest mocno nie tak. Omamy mam, czy halucynacje po narkozie? A może się wcale jeszcze nie obudziłem? Szczypię się w ramie. Boli, psiakrew. Chyba jednak to nie sen. Przytrafiło mi się coś z górnej półki filmów s-f? Czy też ktoś robi sobie ze mnie wielkie jajo i jestem w ukrytej kamerze? Człapię powoli od sali do sali. Wszędzie to samo. Różnie rozkopane łóżka, wszędzie puste piżamy, gdzieniegdzie nadgryzione jabłka, resztki jedzenia. Migają telewizory, w większości tylko szum na ekranach. Wyglądam przez okno – pusto. Widok mam na wejście do szpitala. Przed samymi drzwiami stoi taksówka z otwartymi drzwiami. Żadnego palacza, co to zawsze kopcą przed wejściem, za to samotna kula i szlafrok powiewa w podmuchach wiatru. Obok taksówki też kupka ciuchów, widocznie taksiarz właśnie otwierał komuś drzwi. Niech to, jak na dowcip, to trochę za duża skala.
Wracam do pokoju. Szafa. Tam mam swoje rzeczy. Jest moja torba. Telefon. Dzwoni. Dzwoni. Cholera – sekretarka. Komórka żony. Nie odbiera. Co się dzieje?
Trzeba działać. Kwękanie w łóżku nie pomoże. Sprawdzam torbę. Leatherman Skeleton jest – lepsze nic nic. Mojego Tolla pożyczyłem córce. Mały Victorinox i Wagner z cążkami do paznokci – mój standardowy zestaw. Ściągam spodnie z wieszaka. Nieszczęsna Sabenza zaklipiona w kieszeni i mały Leatherman Style w drugiej. Nie na darmo przezywają mnie nożomaniakiem. Nieważne, trzeba do domu. Wyciągam ciuchy z szafy. Ale spodni nie nałożę, brzuch boli jak cholera. Jednak te pięć dziurek swoje robi. W tej cholernej, wiązanej z tyłu koszuli przecież nie pójdę. Jest koniec lipca, na dworze ciepło, ale… Nakładam gatki, koszulkę. Z sąsiedniego łóżka biorę spodnie od piżamy, chudzielec tam też nie leżał. Jakoś wciskam się w buty, bo schylić się nie mogę. Łapię torbę, jeszcze tablet i mp3 z szafki i jak w wojsku na unitarce, posuwam się po lamperii w kierunku wind. Tyle, że nie z prędkością pershinga. Taksówka przed wejściem stoi jak stała. Milutki Mercedes E. Fajnie, te lubię, jeździłem swego czasu na taryfie. Kluczyk wetknięty w gniazdo, naciskam start, silnik mruczy pod maską. Ruszam z podjazdu. Dziwne, że wszędzie jest prąd. Windy działały normalnie, ale teraz dociera do mnie, że korzystanie z windy to był duży błąd. W filmach windy mają takie fajne klapy w suficie. Te niemieckie chyba nie oglądają filmów. Zresztą nawet gdyby. Jak bym ja tam wlazł tymi cięciami na brzuchu? I tak dobrze, że szwy trzymają.
Cholera, nie pomyślałem, trzeba było z kantorka pielęgniarek wziąć jakieś leki. Antybiotyk, przeciwbólowe, czy cuś. Nieważne. Przeciskam się przez ulicę w kierunku domu. Samochody stoją dziwnie porozrzucane na poboczach, latarniach, chodnikach. Wszystko faktyczne jak z jakiegoś filmu postakopalistycznego.
Kątem oka dostrzegam jakiś ruch w poprzecznej uliczce. Daję po hamulcu, wsteczny, cofam. Chodnikiem idzie facet. Ale jakiś mocno nawalony. Niezbyt normalny widok przed południem na niemieckiej ulicy. Opuszczam szybę:
-Hallo, hier! Was ist hier los? Wissen Się was ist hier passiert! – Głos mi przynajmniej się poprawił, nie piszczę jak stara żaba. (Dalej przejdę może całkowicie na polski, nie każdy musi „szprechać”).
Gościu nie reaguje, chociaż… Podnosi głowę, jakoś tak dziwnie przekrzywioną i przyśpiesza. Tyle, że jego postać i ruchy jak wyjęte z „The Walking Dead”. No nie, obudziłem się w raju miłośników horrorów, czy co? Może jednak dalej jestem pod narkozą, a to wszystko to efekt mojej miłości do seriali z netu?
cdn
Facet ruszył na mnie, spojrzałem w jego twarz. Faktycznie, kurde zombie. Przecież
to niemożliwe! Podniosłem szybę, nacisnąłem gaz. W lusterku widziałem kołyszącą
się sylwetkę zombie. Jezu, gdzie ja jestem?
Z piskiem hamulców podjechałem pod dom. Wyciągnąłem jakoś obolałe ciało z samochodu.
Wdrapałem się po schodach - drzwi do domu otwarte, dziwne - wchodzę do
mieszkania wszędzie pusto znaczy się żona powinna być pracy. Nigdzie nie widzę
porzuconych ciuchów. Jest nadzieja. Kaśka pracuje w sąsiednim budynku. Znowu schody,
idę przez parking. Teraz dociera do mnie jak jest cicho. Nie słychać ptaków,
nie słychać szumu aut na pobliskiej drodze szybkiego ruchu. Tylko liście szumią
na drzewach w podmuchach wiatru. I słyszę pracę kompresora w pobliskim
warsztacie. Ale ten napierdala nawet w nocy. Wchodzę do budynku, sekretarki nie
ma, nie ma też jej ciuchów na podłodze. Ale komputery włączone, wszędzie palą się
światła przy biurkach. Na krzesłach i na podłodze przy nich, wszędzie kupki
ubrań. Wszędzie to samo. Na krześle Kaśki widzę jej ubranie. Poznaje bluzkę, którą
kupiła w zeszłym tygodniu w Outlecie w Neumünster. Jej zegarek, sam wymieniałem
w nim niedawno baterię.
Słyszę dziwny dźwięk dochodzący ze stołówki. Wyglądam z zza rogu. W wąskim
korytarzyku idzie na mnie, a właściwie się kiwa szefowa Kaśki. Wygląda prawie
normalnie, tylko te żółte oczy i ruchy jak z filmu o zombie.
-Egee, słyszę-eeeee! - i ślina cieknie jej po brodzie. Kiedy mnie zauważa,
rzuca się bezwładnie w moją stronę, wyciągając ręce z palcami wygiętymi w
szpony. Na szczęście się potyka. Bo moje osiągi w sprincie nie są w tym
momencie najlepsze.
Zamykam drzwi do jadalni,
całe szczęście, że ludzie blokowali je zawsze gumowym klinem, bo nie mają
klucza. Blokuję drzwi i wychodzę na zewnątrz, łapiąc po drodze obrączkę Kaśki z
krzesła.
Idę do domu. W głowie mam
kompletną pustkę. Ale trzeba coś robić.
Jestem w domu, sprawdzam
prąd – wszystko działa. W TV na większości kanałów tylko biały szum. Niektóre
działa, ale widać, że to jakieś powtórki staroci lecące z archiwum. Żadna stacja radiowa na UKF-ie nie odbiera,
tylko jakieś piski i szumy. Czyli coś walnęło dokładnie i skutecznie. Jakby
ludzie po prostu wyparowali. Ale te „zombie”? Widziałem tylko dwie osoby, nie
ma tłumów wałęsających się po ulicach zombiaków. Ale te dwa osobniki były
wyraźnie zainteresowane moją osobą. Wątpię, czy chciał rozegrać partyjkę
brydża…
Sprawdzam komputer.
Googlarka, Internet działa, ale jak długo. Przecież zacznie padać zasilanie,
wyłączą się serwery. Muszę coś ze sobą zrobić.
Nie słyszałem ptaków, więc zwierząt też nie ma. Trzeba zrobić zapasy. Jakieś
trwałe konserwy i inne takie. Szukam w Internecie adresów najbliższych
jednostek Bundeswehry. Nie mam zamiaru, jak postacie kilku filmów, które
ostatnio oglądałem, z buta uciekać przed zombiakami. Głodny jestem, brzuch mnie boli. Ostrożnie
oglądam moje blizny. Na każdej po kilka szwów. Ale wyglądają dobrze. Wyciągam
ostrożnie sączki –a le boli. Mam w apteczce jakiś płyn do dezynfekcji ran.
Obmywam wszystko, zaklejam świeżą gazą. Gorszy problem z jedzeniem. Nie mogę
przez kilka tygodni jeść żądnego stałego pożywienia. Miałem przeprowadzoną
operację bypassu żołądkowego. Jeśli mi się wda jakaś infekcja, to po mnie. Nie
połatam się sam.
Drukują wszystko co tylko
znajduję na ten temat w sieci. I robię
sobie listę leków i preparatów, po które muszę udać się do apteki.
Jadę do najbliższej
jednostki wojskowej, jakiś pułk pancerny. Brama zagrodzona tylko szlabanem,
przy wejściu mundur jakiejś firmy ochroniarskiej. Bundeswehra nawet własnych
wartowników nie ma na bramach. Właściwie to nie miała. Ale Glock 17 walający
się na chodniku zostaje moją własnością. Tyle, że pasa nie zapnę na obolałym
brzuchu. Najpierw jadę na tyły jednostki szukając garaży.
Jeśłi faktycznie po
okolicy wałęsają się zombiaki, to nie mam zamiaru jak w kiepskim filmie uciekać
przed nimi na piechotę. Faktycznie na tyłąch jednostki znajduję garaże. Od
cholery wozów opancerzonych, ale to była by już przesada. Na zombiaka działko
wielkokalibrowe nie jest razcej potrzebne.
Na placu stoi również
ładny rządek wozów typu Fennek. Podobają mi się zamontowane wyrzutnie granatów
40 mm.Cholerstwo przeznaczone w Bundeswerze na wóz zwiadowczy jest pięknie opancerzone.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen